7 września 2016

Margarets Hope na wycieczce


Lubimy chodzić po górach, ale ostatnio mamy pewne ograniczenia. No cóż, albo mały bąbel, albo wycieczki. Tym razem udało nam się wyjść na pierwszą górę z chuściochem naszym. Wzięliśmy też herbatę, bo ta najlepiej smakuje na szczycie. Co piliśmy i gdzie byliśmy, o tym poniżej.


Miejska Góra to taka nasza limanowska golgota. Najwygodniejsza droga na szczyt opatrzona jest Drogą Krzyżową z piętnastoma stacjami. Dobrze czytacie, stacji jest dokładnie 15, bo ostatnia to Zmartwychwstanie. Oczywiście my wybraliśmy drogę w górę nieco trudniejszą, ale szybszą, czyli szlakiem. Nie będę się tu rozpisywać jak w przewodniku turystycznym, bo takie możecie sobie znaleźć w necie. Opowiem tylko o ciekawostkach, których tam nie znajdziecie. Na Miejskiej Górze jest co najmniej 5 geo-skrzynek, w tym 3 nasze. Oczywiście na szczycie spotkałam też dziewczynki szukające pokemonów, nawet słyszały o geo, ale wolą te badziewne niedokładne mapki i wirtualne stworki niż realne skrzynki z fantami. A jak już jesteśmy na szczycie, to wieńczy go ogromniasty krzyż. W górach jest mnóstwo krzyży, więc to nic nowego. Ten jest trochę większy niż inne, u podstawy znajduje się kaplica, w której okazjonalnie odprawiane są msze, jest też taras widokowy z panoramą Limanowej.


Takie widoki to świetna reklama dla biegów górskich i innych imprez sportowych. Zaprzyjaźniony klub sportowy Limanowa Forrest co roku organizuje biegi i rajdy rowerowe właśnie na tej górze. W miarę możliwości bierzemy udział w biegach, Kuba jako biegacz, a ja z kijkami. W najbliższym czasie będzie kolejny bieg dla dzieci, też startujemy (ten akurat nie na Miejskiej Górze).


Mamy też stary kamieniołom. Przerobiony sprytnie na świetne miejsce imprezowe, najczęściej wynajmowany przez różne organizacje (UM, KS Limanowa Forest, firmy), ale osoby prywatne też wynajmują na różne imprezy. W zwykłe dni można tam po prostu usiąść, rozprostować nogi, pogadać i napić się wody prosto ze źródełka. Tam też parzyliśmy kiedyś herbatę.

Pierwsze parzenie Margarets Hope FS.

Tym razem herbatę wypiliśmy na szczycie, w okolicy krzyża. Oczywiście nie obyło się bez przechadzających się większych grupek ludzi, ale takie są uroki niedzielnego popołudnia na popularnej górze. Dziecię nasze zasnęło, więc mieliśmy chwilę dla siebie i na zaparzenie herbaty.

Drugie parzenie Margarets Hope FS.

Na taką eskapadę wzięliśmy herbatę z regiony Darjeeling, z ogrodu Margarets Hope (Nadzieja Małgorzaty), z drugiego zbioru. Nazwa ogrodu ma ciekawą historię. Najpierw nazywał się Bara Rington, pewnie od nazwiska właściciela. Plantator miał piękną córkę imieniem Małgorzata. Pokochała plantację, a gdy musiała ją opuścić i wyjechać do Anglii miała nadzieję, że jeszcze na nią wróci. Niestety zmarła zanim dopłynęła do rodzinnego kraju. Ojciec na cześć swojej ukochanej córki zmienił nazwę plantacji na Margarets Hope. (dokładną historię plantacji znajdziecie w internecie)

Trzecie parzenie Margarets Hope FS.
Dlaczego drugi zbiór, a nie pierwszy? Bo jest bardziej intensywny i bardziej przypadł mi do gustu. Liście nie są tak kolorowe ja te z pierwszego zbioru, ale widać jaśniejsze tipsy i różnorodność odcieni. Pachnie rześko, trochę lasem liściastym. Po ogrzaniu jest jeszcze intensywniej. Napar ma trochę inny zapach, Kubie kojarzy się z Ivan Chaj, a mi trochę z owocami. Kolorystycznie porzypomina inne czarne herbaty, troche pomarańczu, trochę czerwieni. Za to smak jest niepowtarzalny, a na szczycie (nawet takie niewielkiej góry) smakuje najlepiej. Czuję charakterystyczny olejek herbaciany, czerwone owoce i ogólne orzeźwienie. O tak tego mi było trzeba. A parametry parzenia jeszcze: proporce suszu - tak na oko, ale trochę za dużo, więc czas był troche krótki, około pół minuty pierwsze, a już trochę dłuższe. Parzyliśmy wrzątkiem, a parzeń było aż 4, tylko to ostatnie tak na wyciśnięcie.

Kolejna wycieczka będzie na inną sentymentalną górę - Łopień. Może uda nam się tam też zaparzyć herbatę.

1 komentarz: