9 marca 2016

Hoji Bancha - zielona herbata prosto z Kyoto


Dzisiaj opowiem o herbacie, która dotarła do mnie tydzień temu. Za pośrednictwem mojego brata, nasz dobry znajomy Gabryś podesłał mi trochę herbaty, którą kupił w Kyoto. Miała być zagadka i była wielka.

Na początku nie wiedziałam nic o tej herbacie, tylko tyle, że jest od Gabrysia i miałam zgadnąć co to takiego. Pooglądałam liście i pomyślałam o białej herbacie chińskiej. Potem przeżułam jeden z liści i poczułam smak Matchy, takiej z dodatkiem odrobiny mleka. No i tu zgłupiałam. Wiem, że Gabryś czasem jeździ do Japonii i to mógł być jakiś trop. No, ale ta herbata z wyglądu w niczym nie przypominała mi japońskich herbat, które znam. Zaparzyłam te ciemne liście, tak na czuja, bez odmierzania na próbę co mi wyjdzie. Niewiele liści, lekko przestudzony wrzątek i kilka minut parzenia. Otrzymałam napar, który smakował jak wysokogatunkowa biała herbata chińska. Jasny napar, leka słodycz w smaku i zapachu, to musi być to.


W końcu poprosiłam Gabrysia o fotkę opakowania, bo tam musi być przecież nazwa herbaty. Za pomocą innego znajomego, Pawła, który uczy się japońskiego rozszyfrowałam nazwę tej niespodziankowej herbaty. Oto Hoji Bancha prosto z Kyoto. Takie zaskoczenie, przecież te piękne, połyskujące i niezwinięte liście w niczym nie przypominają Hojichy, którą można dostać w Polsce. Wiedziałam, że wysokogatunkowe Senche różnią się od tego co można kupić u nas, ale nie miałam pojęcia, że aż taka różnica jest nawet w podstawowej Hojichy, która przecież do najdroższych herbat nie należy.

Hoji Bancha - pierwsze parzenie.

Skoro wiemy już co to za herbata to czas ją odpowiednio zaparzyć. Naczynie idealne dla tej herbaty, czyli japońskie Kyusu, które też przywiózł Gabryś, o pojemności około 350ml. Na taką pojemność wsypię 6 gram herbaty, zajmuje dużo miejsca, bo powstała z całych liści i nie była zwijana. Ostatnio Hojichę parzyłam wrzątkiem, ale tym razem woda będzie miała temperaturę około 90 st.C. Czasy poszczególnych parzeń: I i II - 1 minuta, III - 2 minuty. Zrobiliśmy jeszcze czwarte parzenie (5 minut), ale napar nie był zbyt intensywny.

Hoji Bancha - drugie parzenie.

Kolor ma piękny, lekko bursztynowy z miodowymi refleksami, ale dość jasny w porównaniu z inną herbatą tego typu. W zapachu jest niesamowita. Na początku wędzenie, ale takie specyficzne. Kuba określił to jako świeżą wędzoną makrelę, ale nie taką marketową, która nie wiadomo ile leży, taką super świeżą. Ja poczułam trochę jesiennych liści. Poza tym mamy jedno wspólne skojarzenie, trochę jak biała herbata. W smaku też niespodzianka. Poza przyprażonymi liśćmi jest też smak, który bardzo nam się kojarzy z matchą. Taki charakterystyczny mleczny posmak. Liście zaparzają się powoli, więc tez stopniowo oddają do naparu to co w sobie kryją.

Hoji Bancha - trzecie parzenie.

Zagadka rozwiązana. Szkoda tylko, że Hojicha, która trafia do Polski jest tak marnej jakości i nie ma w niej tylu niuansów smakowych ile można poczuć w takiej kupionej w Japonii. Może gdyby takie rarytasy trafiały do nas nie bylibyśmy w stanie się nimi zachwycać i traktowalibyśmy je jako coś normalnego. Gabryś, jeszcze raz dzięki za taką fajną zagadkę. Kyoya dzięki za pomoc w rozwikłaniu jej, bo mój japoński pozwalał tylko na znalezienie znaku "herbata".

Hoji Bancha - liście przed i po kolejnych parzeniach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz