3 marca 2017

Bezimienny Oolong Pana Shibamoto



Na wstępie chciałbym wszystkim blogerkom i blogerom życzyć rychłego potomstwa. Będąc rodzicem docenia człowiek każdą wolną chwilę a dzień wydaje się być za krótki, bo ma tylko 24godziny a powinien mieć co najmniej 24h dnia i 12h wieczoru i 12h nocy. Można zrobić doświadczenie tj wytrwać 24godziny bez prądu i bez elektryki (smartfona i laptopa też się to tyczy) a wtedy człek doceni każdy wat, oraz uświadomi sobie ile prądu niepotrzebnie zużywa, żeby nie powiedzieć marnuje. Na życzenia Majki tłumaczę i objaśniam: mając dziecko, człowiek widzi ile czasu marnuje i ile go może wykrzesać pomimo iż wcześniej będąc tylko małżonkiem lub partnerem uważał się za zarobionego że hej.




Będę parzyć herbatę, którą dostaliśmy od Jolanty z bloga Herbaciany Notes. Oolong, który nie ma nazwy, jest nieklasyfikowalny, a stworzył go pan Shibamoto. Suche listki jakie są każdy widzi. Widząc je pomyślałem że to jakaś dziwna biała herbata a tu zostałem oświecony, że jednak to oolong. Zapach po wrzuceniu do naczynia jest epicki, schnące siano, nie potraw. Taki zapach unosi się w stodole w słoneczny dzień jak zwala się furę siana widłami, ewentualnie jak na upale przewraca się siano. Cudo, czuje się jak 15 latek.


Naczynie w którym parzę to Shiborodashi ze Święta Herbaty. Woda źródlana ok 90st C. Pierwsze parzenie bez płukania ok 45s według Wostoka Amfibii. Kolor ciemnopomarańczowy/jasnobrązowy, w zapachu dalej czuć siano, może delikatne prażenie, trochę nut drewna, a dokładnie takiej ramki z plastrem wyciągniętej z ula, czyli trochę dymu i kitu pszczelego. W smaku nikła goryczka wyczuwalna na bokach języka, lekki spadziowy smak z olejkiem herbacianym na finiszu.





Drugie parzenie trzeba wydłużyć, niby to oolong ale ja jako facet wole dwa treściwe parzenia niż parę krótkich, moje podniebienie przywykło do wyrazistych smaków. Drugie parzonko 1min15' według zegarka. Liście ładnie się zaczęły rozwijać. Widać że to hybrydowy oolong bo nie jest już jasnym ale do ciemnych tez bym go nie zaliczył, widać i zielone listki i już takie mocno fermentowane. Coś jakby w niektórych darjjelingach. Kolor naparu porównywalny, no może pół tonu ciemniejszy. Zapach jak poprzedni. W smaku nuty suszonej trawy się nasiliły i sam olejek jest bardziej wyczuwalny, ogólnie całość bardziej przypomina późne parzenia jasnego oolonga niż ciemnego. Fajna lekka kompozycja. Mi osobiście bardzo smakuje choć powiem że wąchając ciepły susz spodziewałem się większych fajerwerek. Aczkolwiek to fajne połączenie ciemnej fermentacji ze smakiem jasnego oolonga. W kolejnych parzeniach na przód wychodzi olejek herbaciany a nuta stodoły i pasieki odchodzi na bok.




Taka chwila bez prądu z zapaloną świeczką i herbatą, docencie moi drodzy czas jaki macie i nie marnujcie go na oglądaniu TV czy graniu w gry komputerowe itd. Spędzajcie go z drugą połówką przy herbacie. Czy to w domu czy plenerze. Dopuszczalnym "marnowaniem" czasu jest oddanie się swojemu hobby lub pogłębianie jakichś umiejętności. Ja na przykład ostatnio nauczyłem się szyć skórę:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz