30 grudnia 2014

Kuchenki turystyczne w praktyce


Nie będę produkował się tu na temat modeli kuchenek, bo jest ich multum i firmy prześcigają się w sumie tylko w wydajności i designie, ale skupię się na tym, co mam w swoim posiadaniu.
Kuchenki benzynowe:

Kuchenka Trzmiel model prawdopodobnie no. 1, rosyjska kopia Phoebus 625 plus modyfikacje. Model mniejszy od następców, kolejny Trzmiel miał większy zbiornik, stabilniejsze nóżki, oraz inaczej rozwiązany mechanizm iglicy w dyszy, ale nie bawmy się w inżynierów. Moja kuchenka dostała nazwę "Apollo 13". Pali na benzynę Pb98, ekstrakcyjną, lakową, naftę, inne pochodne też ponoć, aczkolwiek nie próbowałem.


Ręce też ogrzeje.
Krążą opinie, że do odpalenia jej trzeba modły przeprowadzić, chodzić koło niej jak koło oseska i całą ceremonię przeprowadzić, aby dobrze hulała. Nic bardziej mylnego - w zależności od ilości nalanego paliwa, tyle razy trzeba pompkować, w celu wytworzenia ciśnienia startowego. Podczas pracy "na gorąco” dalsze pompkowanie jest niepotrzebne. Kolejno nalewamy na talerzyk, tudzież rynienkę jakieś niekopcące paliwo, czyli denaturat, zakręcamy regulator płomienia, podpalamy, zakładamy osłonkę i cierpliwe czekamy aż się wypali. Później sprawdzamy nagrzanie - jeśli kuchenka ładnie syczy, to podpalamy, a jeśli prycha jak zła kocica, zakręcamy i dodatkowo polewamy, podpalamy i pompkujemy. Jeśli daje nici? Warto sprawdzić szczelność zaworu bezpieczeństwa i pompki tylko broń Boże na gorącej kuchence, bo może nam zrobić kuku. Wspomniałem o zaworze bezpieczeństwa, którego przegląd od czasu do czasu jest wskazany, gdyż chodzi o nasze bezpieczeństwo! Osobiście z tym modelem mam same pozytywne doświadczenia, a sama kuchenka jest starsza ode mnie. Nie straszny jej mróz i wiatr, czego nie można powiedzieć i kolejnym wehikule.



Kuchenka typu kostka, breżniewka lub błędnie zwana Jubel. Kuchenka zmałpowana z Optimus Hunter 8R, której amputowano pompkę. Przez to kuchenka jest samo prężna i ciężko na mrozie pali. Drugi jej mankament tkwi w tym, że w przewód paliwowy wsadzony w zbiornik producent wytknął knot. Ma on ułatwić zasysanie paliwa na rezerwie oraz pomóc w wytworzeniu oparów większa powierzchnia parowania czy coś.

 

 Odpala się tak samo jak Trzmiela z tą różnicą ze nie pompkujemy, bo nie ma czym. Grzejemy i grzejemy, a w zimie warto mieć w środku kapselek od piwa i kapselkiem zalanym „trunkiem błękitnym” podgrzewać zbiorniczek. Po odpaleniu warto tę kuchenkę osłonić od wiatru, bo spada jej wydajność wtedy, gdy wieje w nią. Kuchenka bardziej psotna od Trzmiela, ale bardziej lubiana. Psotna, dlatego ze lubi swój temperament okazać przez zawór bezpieczeństwa i wiuchnąć słupem ognia, co widziałem pierwszy raz ja i Majka oraz koleżanka Majki. Wszak zawór bezpieczeństwa jest dla naszego bezpieczeństwa, masło maślane. Prawda taka, że lepiej żeby dała upust ciśnienia niż żeby kuchenka zrobiła z nas żywą pochodnię. Postraszyłem, przeraziłem, ale to cudowne sprzęty są! Polecam każdemu!

Kuchenki spirytusowe:

Takie małe to, mosiężne, ale daje radę, schowasz w kieszeni ustawisz między kamykami zalejesz denaturatem, nie koszernym bimbrem i po rozgrzaniu hula. Po wykonaniu zadania - zdmuchujesz, po ostygnięciu zakręcasz i chowasz. Owszem jest ciut mniej wydajna niż benzyniaki, ale coś za coś. Druga wersja tej kuchenki wykonana jest z aluminium, tak samo wydajna i do tego z rusztem i stojakiem, żeby nie stała na ziemi i temperatury nie traciła... Fajna, ale rogata i dużo większa. Taka alternatywa dla benzynowego wehikułu też dobra. Tu zdjęcia nie będzie, bo kuchenka ostatnio w akcji nie była, ale jak tylko ją odkurzę to wsadzę.

Kuchenki gazowe:

Je zostawiłem na koniec, bo z racji ceny, jakie onegdaj te kuchenki osiągały nie miałem dużej styczności z nimi i nie jestem posiadaczem żadnej z nich. Użytkowałem je, owszem, ale te mikro-butle są drogie, choć w sumie porównywalne w cenie do benzyny ekstrakcyjnej, na której palę. Na mrozie gazowe kuchenki bywają zawodne, gdyż gaz nie ma takiego ciśnienia. Wtedy ja z dumą dobywam Trzmiela, który na Syberii pali od strzała i wszystkim łyso. A później śmieją się, że nie idę z postępem tylko muzeum w swojej sakwie chomikuje. Wszak ze względów bezpieczeństwa i minimalnych nakładów wiedzy przy obsłudze też polecam.

Temat oczywiście niewyczerpany - za głęboki. Co człowiek zaczerpnie to źródło dopełnia studnię. Nie opisałem samowaru, bo jeszcze się go nie dorobiłem, a co do pieców z gliny opalanych węglem drzewnym do grzania wody w ceremoniale Gong Fu Cha oraz Chanoyu to jak go wykonam przetestuje to wtedy opiszę.

Na tym kończę swój wywód, puentą tych moich grafomańskich wypocin jest to, że im więcej roboty przy herbacie, yerbie, ziołach itd. tym są one smaczniejsze i to jest fakt.

Jakieś pytania? Chętnie odpowiem, jeśli tylko będę umiał a ewentualne hejtowanie też mile widziane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz